OPPOsite

Oppositr nr 2

Strategie trickstera w praktyce artysty
i kuratora

Waldemar Okoń / Tricsterzy i inni

„Świat jest maskaradą. Twarz, ubiór i głos, wszystko jest fałszywe. Wszyscy chcą się wydawać takimi, jakimi nie są; wszyscy oszukują i nie znają nawet samych siebie”

Francisco Goya


Na początek cytat z tekstu wydobytego z otchłani dziejów. W słynnym podręczniku retoryki powstałym w I wieku naszej ery zatytułowanym Ad Herennium odnajdujemy fragment poświęcony funkcjonowaniu naszej pamięci: „Gdy w codziennym życiu napotykamy rzeczy drobne, pospolite i banalne, przeważnie nie udaje nam się ich zapamiętać, ponieważ umysł nie jest pobudzony niczym, co byłoby nowe lub zadziwiające. Lecz jeśli zobaczymy lub usłyszymy coś wyjątkowo płaskiego, podłego haniebnego, niezwykłego, wielkiego niewiarygodnego lub śmiesznego, najprawdopodobniej zapamiętamy to na długo […] To zaś może się dziać z tej tylko racji, iż rzeczy pospolite łatwo wypadają z pamięci, podczas gdy rzeczy wstrząsające i nowe pozostają dłużej w umyśle […] Powinniśmy zatem tworzyć wyobrażenia, które mogą najdłużej pozostać w pamięci. Dokonamy tego, jeśli będziemy tworzyć podobieństwa możliwie najbardziej wstrząsające – nie wyobrażenia pospolite lub niewyraźne, lecz aktywne (imagines agentes); przypisywać im wyjątkowe piękno lub szczególną brzydotę; niektóre z nich stroić  np. w korony lub purpurowe płaszcze, aby móc je łatwiej odróżnić od siebie; lub oszpecać je w taki sposób, np. mażąc krwią, błotem albo czerwoną farbą, tak aby stały się bardziej wyraziste, lub też obdarzać je cechami komicznymi, jako że to również ułatwia ich zapamiętanie. Rzeczy, które łatwo zapamiętujemy, gdy są realne, bez trudu też zapamiętujemy, gdy są fikcjami”1.
Mając w pamięci również to, że Mnemosyne - muza pamięci jest matką wszystkich muz2, możemy teraz spokojnie dokonać przejścia do innej sfery cywilizacyjnego istnienia, a mianowicie do obszaru, który od zarania dziejów funkcjonował w mitologicznym lub historycznym wymiarze jako wizja cokolwiek utopijnego „świata na opak”, gdzie elementy urealnionej fikcji, skrajnego przewartościowania uznanych wartości i, niestety, ostatecznego powrotu do nich poprzez szereg często bardzo drastycznych egzystencjalnych parkosyzmów, układają się w miarę spójny system działań, którego celem była najczęściej nie tyle radykalna zmiana, co odreagowanie społecznego i politycznego pancerza narzuconych, zewnętrznych norm i zasad. Piszę o tym dlatego, iż mam wrażenie, że często zapominamy, iż w ciągu tysięcy lat istnienia naszego kręgu kulturowego nie tyle „wszystko już było”, co prawie wszystko ma swoje bardziej lub mniej wyraźne analogie, a naszą rzeczą jest te odniesienia śledzić i ujawniać po to, abyśmy nie wyważali często otwartych do dawna drzwi i nie czerpali satysfakcji li tylko z nowych nazw przyklejanych do jakże tradycjonalnych w swej istocie – artystycznych ale nie tylko artystycznych zdarzeń. I tu należałoby przywołać figurę funkcjonującą w literaturze od blisko 2.5 tysiąca lat (najstarsze zachowane studium dotyczące profesji błazeńskiej pochodzi z IV/III w. p.n.e i jest dziełem Atenajosa z Naukratis) – bo przecież w tak zwanej rzeczywistości jest ona obecna od zawsze – błazna, o którym pisano i który od wieków „asymilował marzenia ludzi o utraconej wolności, nieodparte pragnienie ucieczki z tego świata i równoczesną tęsknotę do wiecznego na nim pozostania. W postaci tej ogniskowały się lęki i marzenia człowiecze, ale także strach, agresja i wszelkie możliwe dewiacje” 3.
Nie będę tu pisał o mitologicznych korzeniach błazeńskiego, komicznego, lecz także w jakiś sposób tragicznego i groźnego demiurga, którego czyny miały równoważyć dokonania bóstw znajdujących się po jasnej stronie mocy, bowiem tak daleko ani sztuka ani tym bardziej historia sztuki nie sięga, musimy jednak zachować o nim pamięć – znowu pamięć – bowiem bez niego nie zrozumiemy jak znaleźć się po drugiej stronie dialektycznej równowagi, jak poradzić sobie ze współczesnymi nam działaniami, które być może pragną wniknąć do jakiejś mitologii (stworzyć ją?), lecz których szanse w tej materii, omówmy się, są niestety, ze względu na ich połowiczność i często niezborność  minimalne. Ale odwieczne imagines agentes działają nadal – wystarczy przebrać się za psa lub Supermana (udawać psa lub Supermana) – sztuką byłoby zostać psem lub Supermanem, aby ktoś zachował to w pamięci, wystawić na poły obsceniczną prace w renomowanej galerii, aby ktoś to podchwycił i uznał za formę sprzeciwu oraz ujawnienia wykraczające poza tak zwane normy społeczne i tym samym za wybitne dzieło sztuki. Chciałbym w tym momencie być dobrze zrozumiany, jako człowiek raczej słowa niż obrazu dopuszczam oczywiście tego typu działania, nie mam wobec nich nadmiernych oporów natury moralnej, ponieważ w tej dziedzinie jestem delikatnie mówiąc indyferentny, ale jeżeli coś mnie w tego typu „tricksterowaniu” nie tyle oburza, co męczy to częsta niestety wtórność i miałkość myślowa wynikająca z uderzania (prezentowania, szargania) w sfery niewątpliwie czułe społecznie, lecz w moim pojęciu nieustannie te same. Pojawia się pytanie – jak długo można występować – ujawniać – walczyć z istniejącymi hierarchiami, być prześmiewcą w sytuacji jeżeli często, poza tak zwanym „Art. Worldem” i hałaśliwymi, ale w moim zdaniem mało istotnymi ugrupowaniami religijno-politycznymi, prawie nikogo to nie obchodzi. Błazen nie może być samotny i stara się zawsze znaleźć jakiś dwór i króla, któremu mógłby prezentować swoje błazeńskie sztuczki i celne słowne riposty. Co do królów to zauważamy pewien deficyt, ale liczne dwory funkcjonują nadal. Współtwórca współczesnego „świata na opak” winien być światły, a mam wrażenie, że często uwikłany w rozliczne rynkowe strategie i konceptualne zapętlenia zapomina o tym, że jego droga powinna prowadzić go ku postaci Morosopha – mądrego błazna, a tak naprawdę kapłana nowej religii – religii autentyczności, a nie tej nieustannych pozorów, którą narzucają nam królestwa i ich władcy. Bowiem błazen obecny w sztuce – nie jestem pewien czy dotyczy to też tricstera, wnosi do niej „istotne związki z karnawałem […] jego „sposób bycia” ma nie zwykłe lecz przenośne znaczenie, jest równocześnie odbiciem jakiegoś innego sposobu bycia” i jak pisał o tym dalej Mirosław Słowiński: „Tak w życiu realnym, jak i w literackiej fikcji przysługuje mu szczególne prawo bycia obcym. Czasami należy sobie tylko zadać pytanie, czy owo szczególne prawo to przywilej czy wyrok” 4.
Poruszamy się zatem po cienkiej czerwonej linii tak zwanej „prawdy istotnej”, będącej nie tyle odbiciem, co zaprzeczeniem otaczających nas zdarzeń i spraw nieistotnych i zbędnych. Dawni artyści tworząc utożsamiali się często z przedmiotem tworzenia, malując drzewa chcieli być drzewem i poczuć wszystkie siły w tym drzewie działające, pojawia się pytanie czy negując z gruntu możliwość utożsamiania i jedynie udając drzewo w sposób siłą rzeczy nieudolny nasza sztuka w ogóle ma jakąś poza - momentalną, poza doraźnie środowiskową wartość. Nie można nieustannie się śmiać, szyderstwo trwa krótko, żarty przy zmienionych okolicznościach przestają być zabawne, przebieranie ma sens w czasie karnawału, później jest tylko pustym by nie powiedzieć patologicznym gestem, chyba, że uznamy, iż nasz karnawał nie kończy się nigdy, a kultura nieustannego śmiechu i zabawy jest formułą współcześnie niezmiennie obowiązującą.
W wielu mitologiach kuglarscy i łotrzykowscy demiurgowie, choć niezbędni dla zachowania kosmicznej równowagi, najczęściej ostatecznie przegrywają, ponieważ inaczej zapanowałby chaos, jednak śmiech, który wywołują niezbędny jest dla oczyszczenia, radości, ostatecznie porządku i równowagi w świecie. Następcy tych totemicznych błaznów nosili różne imiona: Ezopa, Marchołta, Sowizdrzała i pojawiali się w chwili, kiedy człowiek zauważyli, że „ten obok myśli inaczej, mało, że od niego, ale inaczej od i jego fratrii, inaczej od całego plemienia – i wtedy ów bystry obserwator zdziwił się, może zaśmiał, potem zaczął przekonywać, złościć się i w końcu albo dziwaka wypędził albo zabił, albo ponownie się zaśmiał i śmiał się już zawsze, ile razy go zobaczył. Ten ”inny” w dodatku słabszy i mniejszy, zrozumiał w nagłej chwili olśnienia, że ten śmiech to jego ostatnia szansa”5. Stosunkowo rzadko słyszymy o zabijaniu współczesnych tricsterów, chociaż na pewno jest to profesja narażona na liczne niedogodności, ale już przez to samo dla wielu bardzo pociągająca. Nasza „kultura śmiechu” przybiera też na pewno inne niż w epoce renesansu oblicza, ponieważ uwodzą ją – współtworzą współczesne media, których żarłoczność jest w tej materii wprost niezmierzona. Artyści nie potrafią – nie mogą się jednak wyrwać z ich objęć, ponieważ wówczas przestają być artystami. To znaczy są oczywiście nimi nadal, ale nie mają na nic, w jeszcze większym stopniu niż zazwyczaj, wpływu. Stąd rozliczne flirty, zakusy i podchody, stąd walka o to by nie dać się zmarginalizować, stąd tak rzadkie świadectwa będącej drogą własnego a nie wymuszonego przez media wyboru,  wybrania jakże pięknej w moim pojęciu postawy splendid isolation.  
Nie zauważamy obecnie pochodów bractw błazeńskich, graficiarskie przedstawienie osła w szatach kardynalskich na murze kamienicy wywołałoby niechybnie co najwyżej jakąś reakcję straży miejskiej, okręty wypełnione szaleńcami nie wpływają już do portów (a może po prostu o tym nie wiemy?). Sztuka, jeżeli powstaje, napotyka miękkie struktury chaotycznych i przypadkowych przeświadczeń, popularnych stwierdzeń, zmieniających się codziennie celebryckich hierarchii, świat wszechogarniającej, zadowolonej z siebie głupoty, która uważa, że ma zawsze rację. Czy głupotę można zwalczać głupotą, czy możemy tutaj wyznaczyć jakieś metody – na przykład głupota większa przeciwko mniejszej, a może większa na mniejszą, głupota radykalna na kunktatorską, irreligijna na religijną, absurdalna na pełną powagi. Musimy pamiętać, ze w świecie dawnych błaznów, jak to podkreśla Michał Głowiński, żaden scenariusz nie pozwalał im na „wypowiadanie wszystkiego”, oni też mieli swoje zakazy, nigdy nie było im wolno powiedzieć pełnych prawd, istniały granice, których nie mogli przekroczyć6 Czy w świecie współczesnych tricsterów też istnieją takie ograniczenia i czy nie zauważamy, że mówią oni najczęściej niezbyt wiele, pozostawiając ogromne obszary na łup zdroworozsądkowego milczenia lub jeszcze gorszego, płynącego ze wszystkich stron medialnego szumu.  Oczywiście wiemy, że sztuka nie może nas zbawić, że największe nawet szaleństwo – przywilej obłąkanych i artystów musi się kiedyś skończyć i nawet najbardziej znużona rzeka dociera w końcu do morza, jednak musimy pamiętać, że tak dawniej jak i dzisiaj „podstawowym problemem ludzkiej egzystencji, podstawowym problemem każdego niemal światopoglądu jest tworzenie. Niemożność rozwiązania tego problemu, niemożność twórczego urzeczywistnienia się oznacza niebyt”7. Niegdyś za prawo mówienia prawdy, publicznego głoszenia opinii o współczesnym świecie  błazen płacił cenę izolacji i samotności. Czy tak dzieje się dzisiaj i czy postawa artystyczna bliska przecież dawnemu pojęciu błazeństwa nie uległa spłyceniu przez sam fakt funkcjonowania w społeczeństwie w sensie medialnym – o kim przecież mówią media jak nie o współczesnych buntownikach i „artystach przeklętych”, ludziach łamiących zasady i krzesła w hotelach, umierających młodo po przedawkowaniu narkotyków. Czy tricsterem jest ktoś kto wstawia w galerii sztuki posążek Matki Boskiej i to tej z Lourdes do akwarium, czy Paris Hilton mówiąca po przyjeździe do Katowic, iż jest to „piękne miasto” (Paris powiedziała to wychodząc w nocy z samolotu,  była w ciemnych okularach, Katowic nigdy wcześniej nie widziała). Jak wielka samoświadomość działań jest tutaj wymagana i czy jest to samoświadomość artysty czy w przeważającej mierze publiczności. Jak ma się pojecie tricsrtera do takich pojęć jak „ekscentryczność” - piszący te słowa pamięta jeszcze czasy kiedy w cyrkach, obok lwów, tygrysów i akrobatów występowali tak zwani „ekscentrycy”, „dziwactwo”, bardziej lub mniej kontrolowana patologia, by nie powiedzieć totalna, w większym lub mniejszym stopniu autentyczna, oryginalność
Szczerze mówiąc w intencji tego tekstu, który szczęśliwie zmierza ku końcowi, przeczytałem na nowo szereg lektur wykazujących związki pomiędzy „geniuszem i obłąkaniem” - od Cesare Lombroso do Paula Johnsona8 i mam w pamięci dziwne zachowania – śmieszne i straszne - wielu geniuszy, którzy poza „byciem genialnym” niejednokrotnie oszukiwali, kradli, cudzołożyli, mordowali, nie liczyli się z nikim i z niczym, mieli  tak spotęgowane natręctwa, że gdyby dożyli dzisiejszych czasów i powszechnie je ujawnili dostrzeżono by w nich osoby występujące przeciwko powszechnemu ładowi i porządkowi społecznemu, ergo postaci godne medialnego zainteresowania. Nie będę oczywiście tych historii opowiadał, chociaż zapoznanie się z nimi niewątpliwie ułatwiłoby wielu współczesnym tricsterom poszerzenie sfery działań, „eventów” i „performansów”. Mówiąc jednak serio, wydaje się, że różnica wynika tu z „bycia innym” dawniej na swój, często tragicznie prywatny użytek, a obecnym rozpowszechnianiu o tym informacji po to, aby zyskać nie tyle sławę i powodzenie, chociaż i takie cele są tu niewątpliwie ważne, co „istnieć wobec”, „reagować na”, „występować przeciw”, „mówić o”, „piętnować” i „ujawniać”. Geniusz i obłąkanie dzięki takim, wzmocnionym przez media procesom, przeistaczają się ze skrywanych najczęściej pilnie stanów patologicznych, w stany pożądane społecznie, przez co można mieć niekiedy wątpliwości zarówno co do genialności artysty jak i ,jeżeli tak to można określić, „jakości” obłędu, co oczywiście nie musi zmniejszać na co dzień naszego dla niego uznania i chęci opisywania jego ukazanych światu działań. Czym innym bowiem jest bycie szaleńcem – dla porządku przyjmijmy za Antonim Kępińskim, że szaleństwo jest „patologicznym zdobyciem wolności kosztem realności i w końcu niewoli już nie w świecie rzeczywistym, ale psychotycznym, powstałym dzięki projekcji tego, co najbardziej własne i intymne – w świat otaczający”9, a czym innym przyjęcie strategii artystycznej polegającej na występowaniu przeciwko zdroworozsądkowemu oglądowi świata i to oglądowi na poziomie tak zwanego przeciętnego widza czy słuchacza. Tutaj łatwo być obrazoburcą, skandalistą, „innym” - w powszechnym a nie filozoficznym tego słowa znaczeniu. Łatwo zadziwiać i niszczyć hierarchie, ponieważ świat myśli jest tu osłabiony, a stereotypy na tyle wyraziste, że aż wstyd jest je moim zdaniem ujawniać i burzyć (ujawnianie tego o czym wszyscy wiedzą nie jest ujawnianiem ale formą prymitywnej tautologii).
Ale dosyć już tego cokolwiek starczego umoralniania. Chciałbym jedynie jeszcze przypomnieć na koniec jedną z moich ulubionych książek Salto mortale do wewnątrz Kurta Sigela10. Książka została opublikowana po raz pierwszy w 1977 roku (wydanie polskie 1983).i jest historią schizofrenika o dźwięcznym nazwisku Kotilow, który jest też artystą. Kotilov nie ma imienia i jest zawsze tylko Kotilovem, kocha sztukę „na przykład sztukę odlatywania. Pozwoli się unosić trzepoczącym ruchem ramion i rozcapierzonych palców, zawsze we wznoszącym się wietrze. Kotilov widzi się często jako czerwono-żółtą tłustą gąsienicę. Ma wówczas niesamowity ciężar i przyczepia się sam do siebie”. Kotilov niszczy „cenzurę świadomości”, w wolnych chwilach ćwiczy  się „w sztuce oddawania moczu”, wie, ze wynalazł  sam siebie i że „jest kanibalem i spożywa samego siebie po trochu. Najpierw wrzuca do kotła z zupą swoja obrośniętą czarnym włosem rękę. Od wczoraj brakuje mu prawego ucha”, sen i rzeczywistość są dla niego zawsze jednakowo realne i niekiedy próbuje malarstwa :wycinając ostrym nożem figury geometryczne w powietrzu, bądź też tworzy „osobliwe konfiguracje chmur za pomocą prądów wstępujących i warstw powietrza o różnych temperaturach” oraz koncentryczne koła powstałe po wrzuceniu kamieni do glinianki. Jego zmartwieniem było to, że z tak powstałych obrazów nie mógł zrobić wystawy, a zrozumiał to, kiedy przez nieuwagę uderzył nosem w szybę okna w kuchni – czyżby pamięć o Duchampie i „Powstały w ten sposób rysunek pęknięcia zafascynował go. Ale gdy potem zechciał wypróbować tę sama metodę kreacji artystycznej na wszystkich szybach swego domu, obrazy rozpadły się, zanim zdążyły powstać na dobre. Nos zresztą także. Kotilov pojął, że do egzystencji człowieka twórczego nieodłącznie należy możliwość niepowodzenia. Każdy porządek niesie w sobie możliwość rozkładu. Lub odwrotnie”,11
Nie będę dalej mnożył cytatów, ponieważ musiałbym zacytować połowę tej „minipowieści”, dość powiedzieć, ze ostatecznie Kotilov wygrywa/przegrywa? z chorobą, normalnieje, obcinają mu rentę i traci zasiłek z Pomocy Społecznej, przez co  musi pracować i obejmuje posadę w miejskim szalecie. Jednak nadal przeczuwa, że „prawdziwie wolni są tylko wariaci”. Od czasu ozdrowienia nie może powiedzieć z całą pewnością czy jest szczęśliwy, wspomina swoją była egzystencje, niekiedy opada go uczucie swego rodzaju pustki i nieokreślonego strachu, że mogłoby mu czegoś brakować, powoli nastawia się na zapomnienie. „Tkwi nieruchomo – co niekiedy tylko przerywają my wyciągnięcia ręki – na swoim składanym stołku i czeka. Na co właściwie , tego nie wie. Ale Kotilov czeka”. Ostatnie zdanie tej powieści brzmi: „Jego sen jest snem bez marzeń sennych, jego puls jest normalny, jego stolec uregulowany. Kotilov jest żywym trupem, nie zdającym sobie z tego sprawy”.12
Być może z obawy przed takim końcem prawdziwi artyści walczą ze sobą i światem, wykonują „salto do wewnątrz” licząc, że ktoś je zauważy. A postawa błazna – tricstera? Musimy wierzyć, że jest to „stały wysiłek refleksji nad możliwymi racjami idei przeciwstawnych […] jest po prostu przezwyciężaniem tego, co jest, dlatego że jest właśnie; rządzi nią wszakże nie chęć przekory, ale nieufność do wszelkiego świata ustabilizowanego. W świecie gdzie na pozór już wszystko się stało, jest ruchem wyobraźni, a stąd określa się również przez opór, który musi pokonać”13 .

1 Podaję za: F.A.Yates, Sztuka pamięci. Przełożył W.Radwański, Warszawa 1977, s.21/22.
2 Por.: M.Praz, Mnemosyne. Rzecz o powinowactwach literatury i sztuk plastycznych. Przełożył W.Jekiel, Warszawa 1981.
3 M.Słowiński, Błazen. Dzieje postaci i motywu, Warszawa 1993, s.5.
4 M.Słowiński, dz.cyt., s.10.
5 Tamże, s.21.
6 M.Głowiński, Portret Marchołta, „Twórczość” 1974, nr 8, s.80.
7 M.Słowiński, dz.cyt., s.73.
8 Por.: C.Lombroso, Geniusz i obłąkanie. Przełożył J.Z.Popławski, Warszawa 1987, P.Johnson, Intelektualiści. Przekład A.Piber, Warszawa 1994, tegoż: Twórcy. Od Chaucera i Dürera do Picassa i Disneya. Przełożyli Anna i Jacek Maziarscy, Warszawa 2008.
9 Podaje za: M.Słowiński, dz.cyt., s.73.
10 K.Sigel, Salto mortale do wewnątrz. Przełożył J.Haberek, Kraków 1983.
11 Wszystkie cytaty z przywoływanego wydania książki Sigela, kolejno ze stron: 11, 15,  18, 25, 26, 110.
12 Tamże, s.117.
13 L.Kołakowski, Błazen i kapłan, „Twórczość” 1957, nr 10, s.27, por. też: M.Słowiński, dz.cyt.,s.74.